Cześć Kochani! Zapewne wielu z Was miało w dzieciństwie swoich idoli. Ba! Pewnie są nimi nawet do teraz. Choć nigdy nie starałam się skupiać na jednym artyście to nie ukrywam, że najbardziej lubiłam muzykę Justina Biebera. Poza nim, wsłuchiwałam się w gwiazdy, które królowały na ówczesnych listach przebojów. Zatem w mojej mp3 można było znaleźć: Britney Spears, Rihannę, Lady Gagę, Avril Lavigne, czy Enrique Iglesias. No właśnie. Enrique. Facet, do którego piosenek wzdychałam wraz z moją mamą. Dlatego, kiedy usłyszałam w radiu, że ma się odbyć jego koncert w Gdańsku to stwierdziłam, że może warto się na niego wybrać. A skoro dzisiaj widzicie takowy tytuł to znak, że się udało! Zapraszam serdecznie do fotorelacji.
Enrique Iglesias to hiszpański piosenkarz i kompozytor, urodzony 8 maja 1975 roku w Madrycie. Swoją największą sławę zyskał na początku XXI wieku. Utwory wykonuje zarówno w języku hiszpańskim, jak i angielskim. Jego największe hity to: "Hero", "Bailamos", "Heartbeat", "Bailando", "I like it" oraz "Súbeme La Radio".
Koncert odbył się ponad miesiąc temu, a dokładnie 9 maja 2026 roku, czyli dzień po urodzinach Enrique. Dlatego oczywistym było, że wszyscy razem zaśpiewaliśmy dla niego "Happy Birthday", a także "Sto lat". Natomiast jeśli chodzi o miejsce, to impreza odbywała się w Gdańsku, na stadionie Polsat Plus Arena. Choć bywałam już wielokrotnie na koncertach, to nie miałam okazji przeżyć takiego wydarzenia na tego typu obiekcie sportowym (nie licząc meczów piłki nożnej). Zatem byłam jeszcze bardziej podekscytowana.
Za tzw. miejsca z ograniczoną widocznością, czyli miejsca, gdzie nie jest w pełni widoczna scena, zapłaciłam 339 zł (wraz z opłatą serwisową). Jedyne czego nie widziałam to zespołu grającego na instrumentach. Jednak nie ukrywajmy, że najważniejszy był dla mnie Enrique, bo to właśnie dla niego przyszłam.
Choć na początku zaskoczył mnie brak tancerzy i wyćwiczonej choreografii to uważam, że wcale mi tego nie brakowało. Energia i beztroskość, która biła z Enrique, sprawiała, że człowiek skupiał się wyłącznie na nim, a nie na ozdobnikach. Oczywiście, super jak zaczęły się pojawiać wszelkiego rodzaju efekty specjalne: płomienie, iskry, konfetti czy nawet fajerwerki. Tak samo świetnym pomysłem okazały się dla mnie bransoletki, które świeciły na przeróżne kolory. Niby taki mały dodatek, a człowiek bardziej się uśmiechał. Natomiast jeśli chodzi o całokształt to bardzo, bardzo mi się podobało. Niesamowicie wzruszyłam się na usłyszenie pierwszych nutek utworu "Heartbeat". Poczułam wtedy ogromną nostalgię i dotarło do mnie, że to naprawdę się dzieje. Choć po koncercie pozostały wyłącznie wspomnienia, to naprawdę z przyjemnością do nich powracam.


Enrique to mój idol z dzieciństwa. Fajnie jest być na takim koncercie.
OdpowiedzUsuńWspaniała relacja i piękne zdjęcia. Czytając Twój wpis, poczułam ogromną falę nostalgii, bo Enrique to był zdecydowanie mój absolutny idol z czasów dzieciństwa. Wydaje mi się, że w tamtych latach kochała się w nim dosłownie każda dziewczyna, którą znałam w szkole, a jego plakaty wisiały w większości pokojów. To niesamowite, że po tylu latach mogłaś usłyszeć te utwory na żywo i poczuć te same emocje, co kiedyś. Zgadzam się z Tobą, że przy takim artyście zbędne są skomplikowane choreografie, bo to jego charyzma i te legendarne piosenki bronią się same. Zazdroszczę tak udanego wieczoru i powrotu do tamtych beztroskich lat.
OdpowiedzUsuńTo nie moje klimaty muzyczne, ale relacją fajna. :)
OdpowiedzUsuńEnrique nie jest moim idolem, ale ważne, że Ci się podobało.
OdpowiedzUsuń